USA i uprawa bezorkowa – jak to wygląda w praktyce?

  • Autor: Hanna Jarosławska
  • Dodano: 18-09-2022, 11:48

Debatując na temat uprawy bezorkowej na świecie, nie można pominąć Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, bowiem to właśnie tutaj narodziła się idea odejścia od pługa. Z jakimi problemami zmagają się amerykańscy farmerzy, wykonując ten rodzaj uprawy gleby? Jakie są wady i zalety rozwiązań, które tam wprowadzono, a także jakie były powody porzucenia uprawy tradycyjnej? Odpowiedzi na te oraz wiele innych pytań znajdują się w poniższym tekście.

Stany Zjednoczone jako jedne z pierwszych krajów na świecie zaczęły prowadzić gospodarkę rabunkową nie tylko w stosunku do gleby, lecz także innych zasobów naturalnych. Wystarczyło jedno pokolenie działalności farmerów, by żyzne gleby Wielkich Równin zostały kompletnie zdegradowane, a ludzie żyjący z uprawy ziemi zostali nędzarzami włóczącymi się po kraju w poszukiwaniu chleba. Jak to się ma do uprawy bezorkowej? Już wyjaśniam!

Brudne lata 30.

By w pełni zrozumieć ideę uprawy bezorkowej, trzeba zasięgnąć nieco historii i cofnąć się o 100 lat. Do końca I wojny światowej Wielkie Równiny – najbardziej rolnicza kraina Stanów Zjednoczonych – były wykorzystywane głównie do wypasu bydła. To właśnie tam Indianie polowali na bizony i to tam narodził się mit kowboja znany w popkulturze. Przełom nastąpił po wojnie, gdy w celu uzupełnienia braków żywnościowych zaorano miliony akrów porośniętych wcześniej trawą pod uprawę pszenicy. Koniunktura na rynku płodów rolnych była na tyle satysfakcjonująca, że skusiła niejednego śmiałka do szybkiego i łatwego wzbogacenia się, bowiem wówczas ziemię rozdawano niemal za darmo, byle produkować więcej i więcej żywności. Farmerzy, często laicy niemający wcześniej nic wspólnego z rolnictwem, eksploatowali glebę, jak tylko się dało – siali wyłącznie pszenicę i kukurydzę, nie wprowadzali poplonów ani nie ugorowali gruntów, orali coraz głębiej i wypasali coraz intensywniej. W efekcie trawy, które porastały prerię i zatrzymywały cenną wilgoć, zostały całkowicie usunięte ze środowiska, przez co wierzchnia warstwa gleby była stale narażona na erozję wietrzną (na prerii wieje wiatr niemal non stop z prędkością 40-60 km/h, a temperatury powietrza latem oscylują wokół 35oC). I w ten oto sposób, gdy w latach 30. XX w. nastała katastrofalna susza, która na dodatek zbiegła się z wielkim kryzysem, okazało się, że człowiek doprowadził do największej katastrofy ekologicznej, w której ucierpiało nie tylko środowisko naturalne, ale przede wszystkim ludzie.

Dustery, czyli burze pyłowe wzniecane przez wiatr, porywały najżyźniejszą, próchniczą warstwę gleby i niosły dziesiątki kilometrów. Apogeum miało miejsce w ,,czarną niedzielę” 14 kwietnia 1935 r. Burza pyłowa, która utworzyła się w Oklahomie, dotarła aż do Kanady i do wybrzeża Atlantyku. Dzieci, dorośli, starcy i zwierzęta gospodarskie chorowali i umierali na pylicę. Wszelkie uprawy, które jakimś cudem zdołały wzejść, wkrótce zostawały dewastowane przez niszczycielski pył. Wielu farmerów zbankrutowało i opuściło swoje farmy, udając się do miast lub innych stanów w poszukiwaniu pracy. Dust bowl, bo tak nazywał się okres występowania dusterów, trwał przez większość lat 30. i zakończył się wraz z intensywnymi deszczami w 1938 r. Dopiero po tej katastrofie wprowadzono obowiązkowe szkolenia dla rolników oraz uchwalono ustawę o ochronie gleby, od której zaczęła się historia uprawy bezorkowej na świecie.

Dust bowl, czyli okres trwania dusterów i tułaczkę farmerów po Stanach Zjednoczonych, doskonale ukazał John Steinbeck w swojej powieści ,,Grona gniewu”. Polecam także reportaż pt. ,,Brudne lata trzydzieste. Opowieść o burzach pyłowych” napisany przez Timothy’ego Egana, który zebrał wspomnienia ostatnich świadków burz pyłowych.

Woda jako główny ogranicznik

Pięć tygodni tego lata spędziłam w Teksasie na wymianie młodych rolników organizowanej cyklicznie przez Polski Związek Producentów Roślin Zbożowych. Moje poczynania mogli Państwo śledzić w ramach serwisu specjalnego ,,Farmerka w Teksasie” na łamach portalu farmer.pl, gdzie relacjonowałam realia amerykańskiego rolnictwa. Jako że właśnie w północnej części Teksasu, a dokładniej na prerii, jaką są Wielkie Równiny, spędziłam najwięcej czasu, skupię się na tym, jak wygląda ,,nieoranie” gleby właśnie w tej części świata.

Na samym początku warto sobie uświadomić, że na amerykańskiej prerii panują zupełnie inne warunki klimatyczne niż w Polsce. Przede wszystkim w ciągu roku pada tam maksymalnie 400 mm deszczu na metr kwadratowy – dla porównania w naszym kraju jest to ok. 650-700 mm. Latem temperatury są bardzo wysokie i dochodzą nawet do 40oC, a do tego codziennie wieje suchy, porywisty wiatr z prędkością ok. 60 km/h. Takie warunki środowiskowe sprawiły, że jedyne rośliny, które są w stanie przetrwać, to trawy, a jeśli chce się uprawiać cokolwiek innego, nie obejdzie się bez irygacji.

Kiedy słoma jest problemem

W obliczu poważnego braku wody każda uprawa gleby powoduje jej przesuszenie, wobec czego farmerzy niejako są zmuszeni stosować uprawę uproszczoną. Gdyby chcieli glebę zaorać, najpierw trzeba by ją porządnie zlać wodą z deszczowni, a to z kolei generuje dodatkowe koszty. Z tej przyczyny większość farmerów w Teksasie praktykuje siew bezpośredni, a niewielu decyduje się na wprowadzenie uprawek pożniwnych, by wymieszać ściernisko z glebą. Słoma tudzież inne resztki roślinne przy tego typu gospodarowaniu stanowią problem, bowiem w tych temperaturach i przy takim deficycie wody aktywność mikroorganizmów mineralizujących materię organiczną jest znikoma. Poza tym stanowi ona źródło chorób grzybowych, w związku z czym musi zostać zebrana.

Uprawa bezorkowa w Teksasie wiąże się także ze zużyciem dużych ilości herbicydów, jak np. parakwatu czy atrazyny – obydwie te substancje czynne są zakazane w Europie od 20 lat. Rozmawiając z lokalnymi farmerami, dowiedziałam się, że pomimo iż są to herbicydy totalne, to w środowisku pojawiły się biotypy chwastów odporne na wspomniane związki, a także na glifosat.

Areał definiuje podejście

Trzeba uczciwie powiedzieć, że płodozmian w Teksasie, w porównaniu do tego stosowanego w Polsce, prezentuje się ubogo. Farmerzy sieją głównie bawełnę, kukurydzę, sorgo i pszenicę, bardzo często w monokulturze na danym stanowisku, a jedynym przerywnikiem są… chwasty lub samosiewy. Doświadczenia poprzednich lat sprawiły, iż każdy rolnik ma obowiązek pozostawić glebę ,,przykrytą” na zimę, tzn. pozostawić wspomniane chwasty, ściernisko lub resztki roślinne po ostatniej uprawie. Nikt nie wysiewa poplonów, międzyplonów czy wsiewek, ponieważ po pierwsze gospodarstwa są zbyt duże, by udało się znaleźć na to czas, a po drugie trzeba mieć na uwadze, że aby roślina poplonowa mogła wzejść, potrzebna jest woda, a jak już wspomniałam wcześniej, w wielu regionach USA jej dostępność stanowi czynnik ograniczający produkcję roślinną.

W Polsce i Europie odejście od pługa i uproszczenie uprawy postrzegane jest przez pryzmat ochrony środowiska, m.in. poprzez zmniejszenie emisji CO2, możliwość wysiewu poplonów czy ochronę gleb przed erozją. W Stanach natomiast nikt nie rozważa „ekologicznych” aspektów uprawy bezorkowej, ponieważ tamtejsi farmerzy, przez warunki klimatyczne, niejako skazani są na uproszczenie uprawy do minimum. 



×
  • Amix2022-09-21 12:06:12
    oj chciałbym żeby u nas padało 700mmm rocznie bo póki co to w tym roku jak 200 mm spadło to góra , z tego pewnie z 80% zimą
  • Michal2022-09-20 21:57:57
    Nie wiem ile lat na tym 1 i 2 zdięciu stosują cudowną uprawe bezorkową, ale trzeba przyznać strukturę gleby już widać a za dziesięć lat to im chyba z tej masy resztek czarnożiemy powstaną. "Świat na głowie to jedyny nasz cel"

PISZESZ DO NAS Z ADRESU IP: 44.200.137.63
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum